Endodziewczyna Endometrioza Endometrioza - wasze historie

Endometrioza: Szukając diagnozy. Historia Kasi i jej droga do macierzyństwa

Kasia, jedna z moich obserwatorek, zdecydowała się podzielić swoją niezwykłą historią. Opowiada, jak wyglądała jej trudna droga do otrzymania diagnozy. Jej determinacja i zdecydowanie doprowadziły do tego, że wreszcie wie, na co dokładnie choruje. Dodatkowo dzieli się swoim doświadczeniem z dążenia do macierzyństwa, podkreślając, że kobiety nie powinny musieć cierpieć ani narażać swojego zdrowia jedynie po to, aby zostać matkami. Dla niej kluczowym rozwiązaniem okazało się in vitro.

Historia Kasi: Szukając diagnozy

Pierwsze objawy w wieku 26 lat – potworny, kłujący i gwałtowny ból odbytu przy miesiączce. Strach było iść do toalety, wiele było krępujących sytuacji, gdy atak bólu łapał mnie w sytuacjach towarzyskich i nie umiałam wyjaśnić znajomym, dlaczego właśnie krzyknęłam. To było w 2013 roku. Po kilku miesiącach z tym objawem poszłam do ginekologa. Prywatnie, bardzo ceniony lekarz. Zapytałam go wprost, czy może to być endometrioza, ale od razu to wykluczył, mówiąc, że widziałby na USG.

Nawet nie zauważyłam, jak stopniowo nasilały się też same bóle miesiączkowe, promieniując na całe lędźwie. Ale tylko dwa dni bólu – do przeżycia, więc jakoś funkcjonowałam i nikt nie wiedział, jak się czuję. Przez dekadę miałam tylko te objawy. Bóle miesiączkowe – ale nie jakieś baaardzo hardkorowe, można było zacisnąć zęby i pracować – oraz ta gorsza rzecz, czyli uczucie kłucia pogrzebaczem w odbytnicy.

Zaczęłam wpadać w panikę i chodziłam po kolejnych lekarzach. Ten pierwszego kontaktu nie miał żadnego pomysłu, więc sama poszłam do proktologa. Ten „nic nie widział”, ale skierował mnie na kolonoskopię. Robili mi ją na żywca i nic nie znaleźli. Wysłali na rezonans i stwierdzili, że „coś może i jest, ale nie wiadomo co. To może rozetniemy pani brzuch i zobaczymy?” Dosłownie tak to ujęli. Żadnego tłumaczenia, jak miałby wyglądać zabieg, a brak pomysłu na diagnozę mnie skutecznie odstraszył. Nie wróciłam. Przez parę lat żyłam dalej z tymi dwoma objawami, nic się nie pogarszało. Czasem chciałam, żeby było gorzej, bo może gdybym zemdlała z bólu, to ktoś by mi uwierzył.

Czasem chciałam, żeby było gorzej, bo może gdybym zemdlała z bólu, to ktoś by mi uwierzył.

Przełom w diagnozie

W 2020 zaczęłam nagle mieć biegunki. Wokół szalał covid, więc myślałam, że to jakaś odmiana. Ale nie przechodziło. Badałam się na różne bakterie, też nic nie wyszło. Gastrolog na podstawie „obrazu klinicznego” stwierdził zespół SIBO. Dostałam antybiotyki i probiotyki. Kuracje powtarzaliśmy jeszcze dwukrotnie, bez powodzenia. W końcu uparłam się i poszłam sama na test oddechowy, który ostatecznie wykluczył SIBO. No, fajnie, ale w takim razie co mi jest?

I wtedy, zupełnie przypadkiem, trafiłam na… instagramową rolkę. Dziewczyna opisywała dokładnie moje objawy i mówiła o tym, że może to być endometrioza. Szczerze: poryczałam się. Pierwszy raz od lat poczułam, że nie zwariowałam i nie wymyśliłam sobie choroby. Bo teorie o tym, że to objawy psychosomatyczne też już były – chyba każda, która cierpi też na depresję, jak ja, usłyszała coś podobnego.

Przycisnęłam temat jeszcze raz. Umówiłam się do gabinetu lekarki, która miała specjalizować się w endometriozie. Pech chciał, że tego dnia się rozchorowała i nie przyszła, a w jej zastępstwo pojawiła się lekarka, której bałam się od pierwszego kontaktu w uczelnianej przychodni. Już chciałam wyjść, ale byłam zdesperowana. I ku mojemu zdziwieniu, ta „przedpotopowa” ginekolożka lat 70+, była pierwszą osobą, która mi pomogła, wypisując skierowanie na laparoskopię.

Dzisiaj już wiem, że operacja nie była koniecznością w moim przypadku, ale i tak to był przełom. Operację miałam po dwóch miesiącach od skierowania i wreszcie dostałam na papierze potwierdzenie swojego stanu zdrowia. Wycięto dwa ogniska choroby, dostałam leki, które wreszcie przerwały comiesięczne cierpienie. Panią doktor musiałam mocno urabiać i skierowanie dostałam chyba „na odczepnego”, ale była to pierwsza realna pomoc.

Droga do macierzyństwa

Epilog jest taki, że dzisiaj jestem w ciąży z in vitro. I tutaj sytuacja jest dość ciekawa:

Nie miałam zajętych jajowodów ani jajników (jeszcze). Teoretycznie mogłabym zajść w ciążę, ale mieliśmy z mężem za sobą rok bezowocnych starań i dwóch lekarzy niezależnie od siebie stwierdziło, że dalsze naturalne starania mogą trwać bardzo długo, a w tym czasie choroba może rzeczywiście „zjeść” mi jajnik na przykład. Doradzili in vitro, żeby można było ograniczyć ilość miesiączek i moje cierpienie.

Niestety, ich wiedza i opinia nijak ma się do ustawy o in vitro, tj. nie przysługiwało nam dofinansowanie do zabiegu, gdyż przewlekły ból i ryzyko rozwoju choroby, która prowadzi nawet do utraty narządów, nie jest dla polskiej medycyny dostatecznym powodem do takiego leczenia.

I to jest coś, co powinno się zmienić, moim zdaniem. Przekonanie, że kobieta może cierpieć i drastycznie narażać swoje zdrowie, byle tylko zostać matką, jest szkodliwe i dawno powinno odejść do lamusa.

Kasia